Skip to content

Niedawno PayPal zmienił dostawcę usługi umożliwiającej zasilenie swojego pejpalowego konta. Niby nic szczególnego, jednak zawierucha jest całkiem spora. Nowy dostawca Trustly wymaga bowiem podania im danych do logowania do naszego serwisu bankowości elektronicznej i kodu SMS do autoryzacji transakcji. Wszystko by doładować nasze konto w PayPal.

Powiem szczerze. Gdy zaczęły docierać do mnie newsy o tym to z początku sądziłem, że znów jest 1 kwietnia. Przecież takie coś nie może być prawdą. Jak to możliwe, że duża, znana i (niby) szanująca się firma robi coś takiego? Generalnie całe BHP obsługi swoich finansów (i nie tylko) w Internecie o kant czterech liter. Czego uczy się ludzi? Nie podawajcie nikomu danych do logowania do swoich kont, a już zwłaszcza do banku.

Nic nie usprawiedliwia PayPala. A już na pewno nie wymówki, że nowy dostawca jest tańszy bo zamiast korzystać z oficjalnych API banków (i płacić licencje) to jego skrypty lub przysłowiowa Pani Jadzia logują się na nasze konta i wykonują doładowanie. Przecież to kpina i skrajna głupota. Ten sam PayPal oczywiście na swoich stronach (punkt 8) zaleca by nie zdradzać nikomu naszych danych do logowania do PayPala bo to niebezpieczne ;) WTF PayPal? Zapewnieniami, że ani PayPal ani Trustly nie przechowują naszych danych można się podetrzeć. Nie ma gwarancji, że w tej chwili jakiś wkurzony administrator lub programista, który za kilka dni odejdzie nie odpalił skryptu zbierającego loginy i historie transakcji z kont klientów banków na późniejsze potrzeby ;)

Całą ta sprawa ma póki co tylko dwa plusy. Znów jest głośno o bezpieczeństwie w sieci i o tym jak ważne jest pilnowanie swoich haseł. Przyczyni się to do podniesienia świadomości wielu osób. Drugi plus – zrobił się raban bo zauważyli to sami użytkownicy usługi, czyli jednak jakaś świadomość w narodzie jest i lata edukacji nie poszły na marne.

Dla przypomnienia. Korzystajcie z bankowości elektronicznej tylko na sprawdzonych, zaufanych komputerach. Nigdy nie korzystajcie z darmowych hotspotów WiFi. Korzystajcie z programu antywirusowego i aktualizujcie go. Instalujcie aktualizacje aplikacji, zwłaszcza systemu i przeglądarki internetowej. W miarę chęci i środków korzystajcie z dedykowanego urządzenia (laptopa lub tabletu) służącego wyłącznie do obsługi bankowości elektronicznej albo z systemu Linux na LiveCD. I na koniec… nikomu, nigdy, przenigdy nie podawajcie swoich danych do logowania i haseł autoryzujących operacje.

A myśl brzmi: nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo w sieci.

Może trochę przesadziłem (jak zwykle ;) ), ale w telegraficznym skrócie tak to właśnie wygląda. Możemy kupować drogi sprzęt, zaawansowane oprogramowanie antywirusowe, sprzętowe firewalle, regularnie aktualizować soft i mieć procedury na każdy przypadek. Hackerzy znajdą sposób by dostać to czego chcą, a często też znacznie więcej.

Niedawno miałem przyjemność uczestniczyć w krótkim seminarium o zagrożeniach w sieci zorganizowanym przez PKO BP. Druga część, gdzie omawiano (reklamowano) iPKO to w zasadzie nudy niegodne wzmianki.

Za to pierwsza część, trwająca dobre dwie godziny to był pożytecznie spędzony czas. Tą część prowadził Piotr Konieczny z serwisu niebezpiecznik.pl . Nawiasem mówiąc sympatyczny gość z ogromną wiedzą i pasją. Wciąż porządkuję sobie myśli i wiedzę, którą zdobyłem w tym krótkim czasie. Prócz kilku ciekawostek technicznych było też sporo przykładów wziętych żywcem ze zleceń, które zespół niebezpiecznika realizował dla swoich klientów.

Generalnie w sieci nie jesteśmy bezpieczni. Potencjał zdobywania informacji o drugim człowieku czy firmie albo instytucji jest ogromny. Na nic nam zaawansowane zabezpieczenia, jeżeli sami nie będziemy działać z głową. Bo to człowiek jest zazwyczaj najsłabszym ogniwem każdego systemu.

Zatem drodzy czytelnicy (są takowi ;) )… uważajcie w sieci na siebie i na to co publikujecie. Zapewne nie macie pojęcia jak dużo o was mówi jedna fotka wrzucona na Instagrama ;)

Ps. Jeżeli będziecie mieli gdzieś kiedyś okazję pojawić się ja wykładzie Piotra Koniecznego to gorąco polecam :) Nie będziecie żałować.

W grudniu narzekałem na kiepski start mojej przesiadki na Windows 10. Zrobiłem wtedy aktualizację z Win7 do Win10 na moim domowym składaku. W dużym skrócie nowy system wieszał się w ciągu kilku do kilkunastu minut od startu. Najpierw jedna aplikacja, potem kolejne, aż w końcu padał cały system. W ciągu jednego dnia musiałem robić kilkanaście twardych resetów. Męczarnia. Wróciłem do Windowsa 7.

Dwa tygodnie temu znalazłem w końcu trochę czasu by znów ruszyć ten temat. Zainstalowałem Windows 10 Threshold x64 (10.0.10586) na czysto sądząc, że moje poprzednie kłopoty to wynik wadliwej aktualizacji. Niestety świeża instalacja dawała dokładnie te same objawy. Wieszanie się w ciągu kilku minut od startu – komputer w zasadzie nie do użytku.

Sprawdzałem pamięć RAM i jej gniazda na płycie głównej i zmieniałem sterowniki różnych urządzeń. W końcu odłączałem i usuwałem różne sprzęty i aplikacje. Nic nie pomagało.

Już miałem się poddać i po raz kolejny wrócić do Win7, gdy rzutem na taśmę wyguglowałem to: http://www.tenforums.com/general-support/12074-windows-10-freezes-randomly.html

Użytkownik tego forum o nicku JW0914 sugeruje, aby nową instalację systemu przeprowadzić bez połączenia z Internetem. Po czystej instalacji należy kolejno instalować sterowniki urządzeń począwszy od chipsetu, SATA, USB, grafiki, itd. Gdy jest to konieczne to po każdej instalacji robić restart systemu. Dopiero po tym wszystkim należy podłączyć Internet i odpalić Windows Update by pobrać aktualizacje.

Ta nietypowa procedura okazała się w moim przypadku skuteczna. Tak zainstalowany system działa u mnie stabilnie.

A cóż takiego się dzieje, że trzeba tak instalować system? Podejrzewam tylko, że w czasie instalacji z aktywnym połączeniem internetowym instalator Windowsa 10 dokonuje identyfikacji zainstalowanych urządzeń i pobiera z sieci bardziej aktualne wersje sterowników niż te, które zawiera płytka instalacyjna. Niestety te nowsze wersje są chyba felerne albo system źle identyfikuje sprzęt. Osobiście podejrzewam sterowniki SATA/IDE gdyż system potrafił się szczególnie wieszać przy intensywnych operacjach na plikach. Niektórzy użytkownicy zgłaszali też, że zawieszanie się systemu zniknęło lub zmniejszyło się po wyłączeniu systemowej usługi BITS, która odpowiada za transfer plików z sieci w tle (główne na potrzeby aktualizacji i usług sieciowych Windowsa 10).

Jak jest naprawdę nie wiem, ale jeżeli macie taki sam problem jak ja to spróbujcie wykonać czystą instalację Windowsa 10 wg powyższych wskazówek. Powodzenia :)

Jakiś czas temu – w sumie dość szybko po wypuszczeniu systemu – zrobiłem sobie update mojego Windowsa 7 Home Premium. W końcu skoro dają Win10 za darmo to grzechem nie brać, prawda? ;)

Niestety aktualizacja nie zakończyła się dla mnie pomyślnie i szybko musiałem przywrócić Win7, aby normalnie pracować. System po aktualizacji wieszał się po uruchamianiu klienta pocztowego The Bat, wieszała się także przeglądarka Firefox. Problem sprawiała karta telewizyjna Avermedia. Po prostu nie dało się pracować.

Wbudowana opcja przywracania poprzedniej wersji Windows zadziałała sprawnie. To trzeba przyznać. Po kilku minutach zobaczyłem stary, dobry i znajomy pulpit „siódemki”. Niestety mimo posiadanie dysku SSD ta siódemka teraz strasznie zamula. Nie ma wyjścia… czeka mnie instalacja na czysto. Tym razem jednak spróbuję z Win10.

Ja to jednak mam jakiegoś pecha do sprzętów. W pracy również zrobiłem update z Win 7 do Win10. Niby wszystko ok, programy działają, system się nie wiesza, ale… nie działa kalendarz systemowy. Po kliknięciu na zegar nic się nie pojawia. Oczywiście z spośród kilku osób w moim biurze, które zrobiły taki update tylko ja mam takie dziwne problemy ;) Karma… ?

Generalnie jednak Win 10 budzi we mnie mieszane uczucia. Niby jest to system sprawnie działający, w końcu zrezygnowano z ekranu kafelkowego, który nie był moim ulubieńcem (choć to akurat kwestia gustu) i przywrócono menu Start. Drażni jednak rozbicie niektórych ustawień między bardziej kafelkową aplikację Ustawienia a klasyczny Panel sterowania. Zrobię czystą instalkę, pobawię się świeżym systemem i jeżeli odpali karta telewizyjna, steam, a poczta nie będzie się wywalać to będę zadowolony ;)

P.S. Toż to zbliżają się Święta, więc profilaktycznie życzę zdrowych, radosnych i spokojnych :)

tt-commander-g41Wykorzystując zbliżające się Święta Bożego Narodzenia i ogólnie lekkie polepszenie mojego żywota postanowiłem kupić sobie mały prezencik. Zamieniłem moją obudowę Coolermaster Elite 330 na tytułową Thermaltake Commander G41. Nie lubię bebechów na wierzchu, nie montuję świecidełek więc wybrałem wersję bez okienka. Obudowa tania nie była, bo kosztowała mnie 269zł, co uważam za znaczny postęp w stosunku do Coolermastera za 169 zł. W sumie normalnie nie wydałbym tyle na obudowę, ale że święta… Poza tym obudowę kupuje się na co najmniej kilka lat – jeżeli zrobi się to dobrze. Tym razem chciałem to zrobić dobrze.

(Robiłem fotki, ale nie wyszły za ładnie. Poza tym od czego jest wujek gugel)

 

Kryteria wyboru

Dlaczego wybrałem akurat Thermaltake Commander G41 ? Miałem kilka wymagań odnośnie mojej nowej obudowy i w sumie tylko kilka ( w rozsądnych widełkach cenowych ) spełniło moje warunki.

Oto kryteria:

  • szeroka (dla wysokich układów chłodzenia procesora)
  • przyciski i gniazda przednie wysoko (najlepiej na samej górze frontu obudowy, ale nie na górnej ściance)
  • usb3.0 od frontu mile widziane
  • bezśrubkowa
  • z poprzecznym montażem dysków

To chyba wszystko.

 

Ocena końcowa

Pójdę na skróty z całym opisem i od razu podsumuję.

Wygląd to rzecz subiektywna, więc o tym nie będę się rozpisywał. Mi się podoba. Dioda zasilania świeci na niebiesko i na szczęście nie wypala oczu. Mimo to spróbuję ją potem czymś jeszcze przyciemnić. Dioda dysku świeci na czerwono.

Sprzęt montowało się fajnie, jest dość dużo miejsca. Niestety mój zasilacz Corsair ModXStream Pro 600W miał za krótkie kabelki. Zasilacz w tej obudowie montuje się na dnie puszki i kabel EPS (zasilanie procesora) sprawił szczególnie duże problemy. Nawet przy montażu na dziko nad kartą graficzną zasilacz musiał wisieć nie przykręcony. Dokupienie przedłużek stało się koniecznością.

Poza tym obudowa jest świetna. Dobrze wykończona, w miarę przemyślana. Większość minusów to tak na siłę wymyślałem.

 

Plusy:

  • dużo miejsca
  • szeroka (244mm zewnętrznej szerokości) ; Scythe Mugen 2 od najwyższego punktu ma jeszcze nieco ponad 3cm do ściany bocznej
  • odsłonięty spód płyty pod procesor dla łatwego montażu tzw. backplate’ów od niektórych zestawów chłodzenia
  • poprzeczny montaż dysków twardych
  • demontowalny (beznarzędziowo, na zatrzaski) środkowy koszyk hdd przez co możemy zrobić miejsce na dwie długie karty graficzne
  • montaż bezśrubkowy (ale małe dyski typu SSD trzeba już przykręcać do sanek)
  • sanki dla hdd (mają malutkie gumki tłumiące drgania)
  • gumowe stópki pod zasilacz
  • od spodu w blasze są wypustki, do których można przyczepiać kable ściągaczami
  • dobrze wykończona blacha (bez ostrych krawędzi)
  • możliwość montażu wielu wentylatorów (m.in  jeden za spodzie, dwa boczne, jeden frontowy)
  • możliwość montażu radiatora chłodzenia wodnego w górnej części obudowy

Minusy(?):

  • kabel panelu audio tak prawie na styk dla płyty MSI z87-G43
  • filtr powietrza tylko na spodzie pod zasilaczem (jakiś plastik) i na froncie (pianka)
  • otwory na rurki chłodzenia wodnego są wyłamywane (czyli nie ma gumowych osłonek/przepustek)
  • tylne zaślepki kart rozszerzeń nadal na śrubokręt
  • od frontu zamontujemy tylko jeden wentylator
  • przycisk zasilania ma bardzo płytki skok, przywykłem do konieczności głębszego wciskania włącznika
  • ze względu na montaż zasilacza na dole obudowy musiałem dokupić przedłużkę zasilania EPS, ATX24 i zasilania karty graficznej (za krótkie przewody, by ładnie rozprowadzić kable – miejcie na uwadze)